Wszędzie dobrze, w domu najlepiej. Wystawa Małgorzaty Markiewicz w F.a.i.t.

Wszędzie dobrze, w domu najlepiej. Wystawa Małgorzaty Markiewicz w F.a.i.t.

tekst: Ania Batko

Dom. Udomowienie. Oswojenie. Obieranie ziemniaków w Zachęcie przez Julitę Wójcik. Makowe domy Ani Kutery. Szmaty z pokrzyw, którymi Teresa Murak starła podłogę w galerii, by potem zasiać na niej rzeżuchę. Przykłady tego typu domowej, kobiecej twórczości, z jednej strony afirmującej stereotyp, a z drugiej podejmujących z nią nieraz cyniczną, grę, jest wiele. Można je mnożyć niemal bez końca. Nie inaczej jest na wystawie Małgorzaty Markiewicz w krakowskim F.a.i.t.

Dom. To nie tylko miejsce, ale tworzący go ludzie, atmosfera, wspomnienia i może przede wszystkim zawiązane relacje. I chociaż szafuję tutaj truizmami, mówiąc o domu nie da się tego uniknąć, podobnie jak patronującej domowemu ognisku figury Matki Polki. Polki gotującej i sprzątającej, nie zawsze tylko dla siebie, czy swojej rodziny, ale też dla obcych. Zarobkowo. Zresztą Markiewicz wcale udanie wciela się w tę rolę, nie ucieka od niej, ale nią pogrywa, raz godząc się na taki a nie inny status kobiety w patriarchalnym społeczeństwie, a innym razem, działając zresztą na gruncie tych samych praktyk, sprawia że ten idealnie wyprasowany wizerunek ulega rozdarciu. Subtelnym zawałom, rodzącym się gdzieś na styku polskich realiów i kreowanych tu mikronarracji. Na jednej rezydencji artystka gotuje obcym ludziom śniadania, na drugiej, wspólnie z rodziną performuje, odtwarza wprzęgnięte w kulturę „domowe” wzorce zachowań. Trochę przypomina to znaną nam wszystkim z dzieciństwa zabawę w dom. Sztuczne podziały na matkę i żonę, ojca i męża, oraz dziecko, gdzie cały rytuał odbywa się gdzieś poza nami, choć jednocześnie jest przecież tak dobrze wyuczony, głęboko w nas wrośnięty. Wydaję się zresztą, że nieprzypadkowo na wystawie pojawia się rysunek Raczkowskiego, gdzie po wyrysowaniu przez dziewczynkę zarysów domu, chłopiec mówi: Idę do kolegi. Hm… Mój brat zawsze mówił do pracy.

Przy pierwszej wizycie, w oczy rzucają mi się przede wszystkim makatki, wielkie, podwieszone u sufitu i na ścianie, robione na drutach, ciepłe narzuty, które aż proszą się o to, żeby owinąć się nimi w kokon i legnąć gdzieś właśnie w domowym zaciszu na kanapie. Najchętniej z kubkiem parującej herbaty. Gęste od zapisanych na nim słów, zmuszają nas nie tylko do ich dekodowania, przede wszystkim dzięki brakom jakichkolwiek spacji, ale i głośnego odczytania. Wypowiadane na jednym oddechu mantry, wprowadzające dysonanse do całej tej „po” i „przy” tulności. Czytam: siedzieć to znaczy tęsknić, zabijać czas, sprzątać, czekać.[…] Chcę czuć swoim miejscu, więc sprzątam, myję, szoruję, chce zmyć zapach i ślady wszystkich innych, chce czuć swój zapach na swoim miejscu, na swoich ręcznikach, na swoim miejscu, wyszoruje swoje miejsce oraz Nie wolno nam niczego pokochać. Mój kraj znam tylko z zapachu. Pachnie jak jedzenie mojej mamy. Tutaj każdy kraj to zagranica. Zagranica nas nie zmienia, we wszystkich krajach jemy ustami. Zapach spalonego pierza to dla mnie dom.[…] Chcę moją mamę spakować do walizki. Mój tata umarł na nieobecność. Moja mama żyje w omdleniu. Moja rodzina rozbiła się zagranicą jak szkło. Mam wrażenie, że rozpadam się na kawałki. To cytaty, wypowiedź więźniarki opublikowana w „Wysokich Obcasach” i fragment książki „Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze” Aglaja Veteranyi. Definicja zaczyna się więc dokładnie w tym miejscu, gdzie jej zaprzeczenie. Wyczuwalna tutaj melancholia to jednak nie tyle symptomy opłakiwania wyimaginowanej utraty, co braku, czegoś w czego posiadanie dany podmiot nigdy nie wszedł w pełni. To tylko i aż bezdomność, brak nie tyle ścian, co korzeni. Tożsamości, w której można by się przejrzeć jak w lusterku. Ale to zaraz.

Na środku stołu rozstawiona książka, tekturowa, przestrzenna struktura zbierająca w sobie dokumentacje prac artystki, w tym jej podomki z 2002 roku, praktyczny, ale i wzbudzający męskie pożądanie strój domowy i rzeczywiste obiekty, takie jak np. szmaty – słowo rozumiane tu dwojako, jako pejoratywne określenie kobiety, ale i to, co czyści, choć paradoksalnie zawsze jest brudne 

i przez to ukryte, ale nie niewidzialne, i tysiące mniej lub bardziej trafionych odwołań, wspomnianym już komiksem Raczkowskiego, zarówno w oryginalnej jak i przerobionej przez jej ex partnera wersji, gdzie to kobieta gra tę „złą”, deweloperskimi symulakrami typu „Built for Life”, czy zdjęciami z wnętrzarskich czasopism. Są tu też mikrowystawy, takie niby w pudełkach, kojarzące się z domami dla lalek. Jest biały pokój opasany wstęgą cytatu z Irigaray (ten sam cytat zresztą na papierowej taśmie okala pomieszczenie) albo rozkładana, przypominająca przestrzenną książeczkę dla dzieci, wycinanka z napisem: „Pierdol się”, upstrzona abstrakcyjnymi kleksami pająków. 

Moją uwagę przyciąga też szara, dziurawa koszulka byłego chłopaka Markiewicz zawieszona na szafce wbudowanej w podokienny parapet. Dziury podszyto czerwoną wełną. Całość przypomina strupy pozornie gojących się ran. Myślę o Zizku, który pisał że miłość jest mirażem, który czyni niewidocznym nieusuwalny misz-masz między płciami. I o tym, że złączenie jest tylko rozczarowaniem.

W drugiej salce, kolejny, stół, a właściwie stoły, które na prośbę artystki jej znajomi przynieśli do galerii składając je w jedną, nierówną, patchworkową płaszczyznę, rozrastający się twór. Cytatów cudzych domów jest tu więcej, na wernisaż przyniesiono też kilka słoików, pulpowatych, wypełnionych jakąś ziemią albo utopionym w wodzie tandetnym plastikiem, takie metafory domu. Jest też kolejna książka, tym razem szmaciana, której ostatnia strona rozlewa się na blacie w formie białego obrusu. Książka kucharska,w której Markiewicz renegocjuje własne spojrzenie na dom. Są w niej dziurawe, zaplamione kawałki tkanin na których ktoś coś kiedyś jadł, prace studentów, znów zamknięte w nieszczęsnych słoikach idee domostwa, ciasteczka, cukierki, kurze i kilkanaście różnych sproblematyzowanych wokół domu i związanych z nim wspomnień, historii. A to o noszonych przez Hindusa zawsze ze sobą przyprawach garam masala, a to o ampułce z ziemią otrzymaną w prezencie od chińskiej babci. Ziemi, którą w chwili największej tęsknoty należy popijać z wodą.

I wreszcie lustro, a właściwie wypolerowane, błyszczące atrapy tabletu i iPhone’a. Ten ostatni w dniu którym odwiedzam wystawę, już skradziony. Nie przetrwał faitowskich imprez. I tu dom zaczyna już zgrzytać, narracja staje się brutalnie dosłowna, a idea sprowadza się już nie do sensualności smaków i zapachów, nieuzasadnionych tęsknot i lęków, ale prostego rytuału. Rozpleniającego się odbicia. Lustrzanej identyfikacji i zdeterminowanego współczesnością wyalienowania.

Nie ma tu wojującego feminizmu, jest przede wszystkim wylewający się ze wszystkich dziur i dziurek, trącący leciutko amatorszczyzną, nie tyle dom, co domek. Zabawa, w której uwodzi jakąś trudna do zdefiniowania czułość, nos teoretyka połączony z praktyką artysty, delikatność gdzieś tam jednak typowo kobieca, intuicyjna, zderzona z siermiężnością partycypacji. Gra na mocno esencjonalnych strunach, które co rusz ujawniają, nie zawsze przyjemne dla ucha rozdźwięki. I wszystko to z akcentem na lekkość, jak ta koszulka, podszytą ciepłą, bezpretensjonalną ironią. Ironią „uwewnętrznionej szmaty”, jak pisała swego czasu Dunin. Bo dziury, jak to dziury, epatują pustką, drażnią swą niepełnością i jako takie prowokują do włożenia 

w nie palca. Sprawdzenia, egzaminowania „prawdziwości”, ale i zobaczenia ich z innej perspektywy, pogrzebania i odnalezienia w nich skrawka, cienia obiektu, obiektu w częściowej i

zniekształconej formie. Rany, oswojonej, do której można się już nawet przytulić.

To wystawa patchworkowa i jak każdy patchwork zszyta z lepszych i gorszych momentów. Trochę jak Frankenstein poskładany z niepasujących do siebie kawałków, ale i to uchodzi tutaj na sucho, bo koniec końców,, tworzących pewną zamkniętą całość, jakieś wybrakowane jestestwo. Rozrastające się monstrum, w którym budzi się potrzeba upodmiotowienia i które zaczyna mówić w pierwszej osobie. Jak chce Zizek, niczym Dama, kobieta-rzecz, obiekt miłości dworskiej, który ku zaskoczeniu wszystkich odpowiada, zamieniając porządek wzniosłości na zwyczajność i osiągając tym samym status drugiego podmiotu. Można już tylko zakrzyknąć: „To żyje!”, nawet jeśli w tym samym momencie wiemy, że i tak umrze.

Artysta: Małgorzata Markiewicz

Wystawa: Dom, domowość, udomawianie. Otwarcie domu

Miejsce: F.A.I.T.

Czas trwania: 02.10- 29.10.2015

Strona internetowa: www.fait.pl