Słabość ma w sobie szczególne piękno

Słabość ma w sobie szczególne piękno
rozmowa z katalogu do wystawy Przemiany, Galeria Bunkier Sztuki, Kraków 2007
z Małgorzatą Markiewicz rozmawia Beata Nowacka-Kardzis

Beata Nowacka-Kardzis: Przemiany – słowo modne i często dzisiaj używane, jest tytułem Twojej obecnej wystawy w Bunkrze Sztuki. Można je różnie rozumieć. Czym dla Ciebie są przemiany?

Małgorzata Markiewicz: Dla mnie przemiany nie są czymś zaplanowanym. Rozumiem je raczej jako poddanie się temu, co nas spotyka, co dzieje się z naszym ciałem, czego doświadczamy w życiu. Najważniejszą jest zgoda na przemiany, w przeciwnym razie zaczynamy walkę z czasem, z ciałem, z samym sobą. Przegrywamy ją, sztywniejemy, umieramy za życia. A powinniśmy płynąć wraz z tym, co się wydarza, by – niezależnie od tego, co nas spotyka – odczuwać spokój. W pokazywanej pracy odwołuję się do Prawa Pięciu Przemian, liczącego tysiące lat chińskiego systemu, któremu przyporządkowane są wszystkie materialne i niematerialne zjawiska wszechświata. Każdej przemianie przyporządkowana jest inna pora roku.
Przemianom podlega nasze ciało zarówno w czasie całego życia, jak i w cyklu rocznym. Rodzimy się, rośniemy, dojrzewamy, usychamy i umieramy. Podobnie podlegamy rytmowi dnia. Ważne jest, aby codziennie znaleźć czas na pracę, na rozwój duchowy, na przyrządzenie posiłku, na jego zjedzenie, potem na odpoczynek. Teraz ludzie jakby zapomnieli o odpoczynku, o rozwoju duchowym. Ale tutaj nie chciałabym szerzej mówić na ten temat. Zainteresowani albo znają tę filozofię, albo sobie doczytają. Sama nie jestem specjalistką i kieruję się w tym względzie przede wszystkim intuicją.

Twoim zdaniem, prawdziwe przemiany dzieją się niezależne od nas? Wynikają z działania czasu, są czymś naturalnym? My zaś powinniśmy szukać w sobie zgody na nie, a nie przeciwstawiać się im, czy tak?

No tak. Jeśli nie ma w nas akceptacji, to zaczyna się walka z tym, co przychodzi. Wiesz… to mi się kojarzy ze sztywnieniem. Czegoś chcemy, coś jest naszą ambicją, ale jeśli środkiem do celu jest walka, to nigdy nic dobrego nie wychodzi. Działanie czasu, któremu podlega ciało, jest w tym wypadku najmniejszym problemem. Mam raczej na myśli sposób życia, podejście do tego, co jest w nim istotne. Wszystko ma swój czas: jest czas rodzenia i czas umierania.

Doświadczenie pełnej przemiany wymaga postawy otwartej na nowe sytuacje. W jaki sposób Twoje prace odnoszą się do tytułowych Przemian?

One same są wynikiem procesu i nadal są w procesie. Nie wyznaczam sztywnych granic pomiędzy pracami. Są fotografie, fresk, obiekty, ale wszystkie mają wspólny motyw, element: sukienki. Na początku zaczęłam kolekcjonować materiały. Ich wzory w jakiś sposób mnie zaintrygowały… ich kształty. Przyglądałam się ornamentom, ich regularności. W pracach haftowanych zderzałam je z plamami jako przejawem chaosu i niezgody na uszeregowanie. W fotografiach zestawiałam je z ciałem. Dodatkowo ciało ubrane w sukienkę z koca fotografowałam w dwóch różnych otoczeniach: na wsi, na tle roślin i na tle regularnych wzorów narzuty. Mieszkam w bloku, z okien widzę mnóstwo innych bloków, tworzą one kratę, w moim mieszkaniu są same kąty proste, chodnik regularny, z okiem widzę mieszkania innych, ciasne i duszne, z górnym żółtym światłem, którego szczerze nie znoszę – jest takie senne i ciasne, jak mieszkania i głowy ich mieszkańców.
W czterech ścianach mieszkań codziennie wydarzają się małe i wielkie tragedie. Rozlana herbata bywa również tragedią, albo raczej przyczyną do rozlania się emocji, przyczyną płaczu. Myślę, że ekstremalne wypadki życiowe, załamania emocjonalne, mogą być impulsem do mocnego odbicia się od dna i ponownego wzrostu, ale trzeba umieć je w ten sposób wykorzystać.
Przemiana jest czymś koniecznym, co musi nastąpić, aby życie istniało. Po zimie przecież następuje wiosna. Po śmierci szczątki ludzi i zwierząt są pożywieniem dla robaczków, a one dla następnych itd.

Spójrzmy na fresk Człowiek rodzi się delikatny, słaby. W jaki sposób pokazujesz przemiany? Zastanawiam się także nad motywem łączącym wszystkie trzy serie prac pokazywanych na wystawie.

Kiedy wstaję rano i patrzę przez okno na polską rzeczywistość, oto co widzę: bloki, chodnik, wszystko ma kratkę: są ulice – trzeba iść ulicą, trzeba iść równo, nie wolno deptać zieleni, ani chodzić na skróty. Smuta. Obejrzyj jakiś polski fi lm. Nie ma dowcipnej, inteligentnej komedii. Co najwyżej jest to jakiś film sensacyjny wzorowany na amerykańskim. Ale najczęściej są dramaty. Ambitne filmy to są dramaty. Kompletny dół: w Polsce są patologie, jest bezrobocie, w rodzinach dzieje się źle. Dramat jest typowo polskim filmem. Nie potrafi my wykrzesać z siebie pozytywnego myślenia, takiego optymizmu „z widokiem na przyszłość”. Chciałam zrobić pracę, która będzie o dostrzeżeniu piękna. Żeby mieszkając w tym kraju, równocześnie być gdzieś wyżej. Zdaję sobie sprawę, że jest brzydko, że nie jest najlepiej, ale chciałam poszukać, odkryć to, co wokół mnie pozytywne i optymistyczne. Fresk jest taką pracą. Postacie we fresku są właściwie leżące. One mogą być śpiące, martwe. Ale są ustawione pionowo, w afirmacji, bo rosną. Tutaj jest ten pozytyw. Przemiany są także porami roku, czasem od narodzin do śmierci. Są naturalnym rytmem. Pięć przemian – pięć pór roku: wiosna, lato, babie lato, jesień, zima. Piątą, a trzecią w kolejności, jest babie lato – kulminacyjna pora roku, obrazuje dojrzałość, okres pełni. Prawem Pięciu Przemian posługuje się tradycyjna medycyna chińska, ja także staram się i przygotowuję zgodnie z nim posiłki. Na Wschodzie przyrządzanie potraw uważane jest za sztukę podlegającą pewnym zasadom, które mają prowadzić do wzmocnienia zdrowia. Równowaga wszystkich pięciu elementów wprowadza harmonię.

Człowiek rodzi się delikatny, słaby jest dla mnie pracą z przesłaniem: żyjmy w zgodzie z naturą. Nie protestujmy przeciwko zwykłemu biegowi życia, nie buntujmy się. Obecna kultura Zachodu sprzeciwia się starości, zmarszczkom, przemijaniu, a wreszcie Czasowi. Codziennie z nim walczymy. Metody są różne. Rezultaty zawsze te same. Próbując oszukać czas robieniem sobie operacji plastycznych, oszukujemy zawsze siebie. A nasze życie staje się coraz sztuczniejsze, po prostu nienaturalne. Rodzą się patologie…

Rozglądając się wokół siebie, widzę ludzi, reklamy i pieniądze. Kupowanie. Otaczanie się przedmiotami. Obrastanie. Ludzie tracą kontakt z własnym ciałem, ze sobą. A jeśli gubią kontakt ze sobą, to absolutnie nie mogą mieć go z innymi, a to jest podstawa miłości. Nie można przecież kochać innego, nie kochając siebie. Jeżeli pojawia się jakieś „powinieneś”: powinieneś wyglądać „tak”, zachowywać się „owak” albo mieć „tamto”, to nie ma cię tu i teraz, ponieważ nigdy nie jesteś zadowolony i zaspokojony. Bez przerwy gdzieś biegniesz, nawet nie uświadamiając sobie dokąd. Z tego biorą się wszystkie problemy.

W swoich pracach mocno akcentujesz uczucia. Twoja sztuka nie jest „intelektualną spekulacją na temat”. Pierwszym bodźcem do refleksji są właśnie uczucia i w tym sensie wydaje mi się ona szalenie prawdziwa, osobista, a także uczciwa.

Dla mnie słowa są ułomne, nie dopełniają mnie i nie potrafi ą wyrazić moich uczuć, ani tego, co chcę przekazać. Prawdziwego przeżycia nie umiem trafnie opisać. Czuję je, potem widzę, a na końcu staram się (moją wizję) pokazać innym. Tak powstają moje prace. Jednak źródłem są zawsze emocje. Słowo pojawia się na samym końcu. Mam nadzieję, że ludzie także odbierają moje prace poprzez emocje. Moje projekty składają się ze swego rodzaju warstw. Pierwszą jest ta wizualna, zazwyczaj atrakcyjna, i właściwie można by na niej poprzestać. Ale kiedy patrzy się po raz drugi, można dostrzec coś jeszcze. To, w jaki sposób zostanie odczytana kolejna „warstwa”, zależy od wrażliwości patrzącego. I najlepiej byłoby przy tym nic nie mówić! Nie werbalizować, bo wtedy wszystko, co odkryliśmy, może zniknąć, zszarzeć. Odnosi się także do naszej rozmowy, w której i tak już dużo powiedziałam…

Byłam zaskoczona, kiedy rozmawiałyśmy o Twoich tekstach autorskich. Powiedziałaś wtedy, że łatwiej Ci pisać po angielsku niż po polsku.

Dlatego, że w języku polskim jest ogromna liczba słów, których chciałabym użyć. Mają różne zabarwienia i odcienie. Poza tym mam świadomość, że nie każdy rozumie je podobnie. W rezultacie trudno mi się zdecydować, które są najbliższe mojemu uczuciu, mojej wrażliwości. Po angielsku znam znacznie mniej słów, więc wybór jest dla mnie o wiele łatwiejszy. Dlatego też jeśli potrzebny jest mi tekst, to najczęściej szukam go w książkach. Wybieram i cytuję fragmenty, w których znajduję podobną do mojej wrażliwość. Tak było z Oddychaj. Znalazłam Joannę Brach-Czajnę. W Błonach umysłu był cały rozdział o powietrznikach, o oddychaniu, o tym, że właściwie żyjemy w powietrzu etc. Bardzo trafnie opisywała to, co chciałam w tamtej pracy powiedzieć.

Wydaje się, że nie interesuje Cię ten cały technologiczny blichtr współczesności. Wyraźnie dystansujesz się od sztuczności techniki i materiałów, przedmiotów gotowych, strategii reklamowych i manipulacji. Sięgasz do tradycyjnych technik. Niektóre z nich w ogóle nie kojarzą się z techniką artystyczną, tylko ze żmudną, czasochłonną, często nużącą i wymagającą dużej cierpliwości pracą (by nie powiedzieć wprost: babską) – taką jak szydełkowanie, robienie na drutach, haftowanie.

Nie startuję w zawodach i nie ścigam się. Czułabym się niezwiązana z pracą, która powstaje szybko. Czas jest moim sprzymierzeńcem, w innym przypadku nie zdołałabym jej „przeżyć”. Jeżeli pracuję wolno, to znaczy, że mogę pozwolić sobie na zaangażowanie wielu emocji, mogę dać się „pochłonąć” pracy. Mam także czas na zmiany w trakcie realizacji, jeśli tak zadecyduję. Oczywiście wykorzystuję komputer do obróbki zdjęć, ale właśnie ten przykład pokazuje, jak niewielki wpływ mogę mieć na kwestie technologiczne takie jak np. kolor wydruków. W zasadzie nie mam wpływu na to, co przyniosę z FotoLabu. Wiem, że coś ma wyglądać tak a nie inaczej, mam nawet próbki do wglądu, dostaję wydruk i często okazuje się, że nie tego oczekiwałam. Jeśli zaś dobieram kolory robiąc coś ręcznie, to mam wpływ i wiem, jak będzie to wyglądać. Poza tym cierpliwość i czasochłonna technika zawierają w sobie coś tak ważnego, jak proces.
Nie efekt jest ważny w tym wypadku, lecz wszystko, co wydarza się po drodze. A to, jak dużo się wydarzyło, widoczne jest w pracy. I dotyk, zmysł trochę zaniedbywany. W dobie rozwiniętej kultury wizualnej niewielka część poznania odbywa się poprzez dotyk. Techniki i materiały, jakie wykorzystuję, są najbliższe naszemu ciału, nie okrywamy się przecież blachą, nie tulimy się do marmuru.
Ślady naszego życia pozostawiamy jako plamy na pościeli, obrusach, ubraniach, a trwałym cytatem bądź komentarzem, jaki mogę dodać, jest haft.

Ale w naszym życiu mamy wielki deficyt czasu i co za tym idzie – cierpliwości. Nie stać na nią współczesnego człowieka. Dziś człowiek cierpliwy to frajer. A jeszcze całkiem niedawno cierpliwość była cnotą ludzi dojrzałych i mądrych.

Próbuję powiedzieć, że będąc cierpliwą, zyskuję, a nie tracę. Bo jeśli spieszymy się i wyręczamy wynalazkami, to tak naprawdę tracimy kontakt ze sobą. Hamujemy w wolnym czasie i wtedy orientujemy się, że jesteśmy w pustce. Staramy się ją zapełnić, czym się da: łatwą rozrywką, wymyślaniem coraz bardziej ekstremalnych zadań do wykonania, korzystamy z używek itd., wszystko, żeby wypełnić czas. Dla mnie pośpiech to strata, bo wtedy przegapiamy, że nie zdążamy: budzimy się nagle zaskoczeni, że jesteśmy tacy starzy – niektórzy nie doświadczają nawet tego, bo umierają na zawał. Zdajemy sobie sprawę, że nie znamy siebie i najbliższych wokół nas. Nie zdążyliśmy komuś powiedzieć, że go kochamy, albo uświadamiamy sobie, że nigdy nie kochaliśmy, bo nie mieliśmy czasu nawet o tym pomyśleć. Wszelkie nasze choroby biorą się właśnie z tego, że się spieszymy, żyjemy w stresie, chcemy robić kilka rzeczy jednocześnie, nie dajemy sobie wytchnienia.

Tymczasem jednak bardzo się spieszymy i dany nam czas zużywamy na nieustanne szukanie coraz lepszych – bardziej skutecznych – skrótów. Ciągle szybciej, więcej. I na tym mija nam życie, a my nawet nie orientujemy się, że w najlepszym razie liżemy je przez szybkę z pędzącego nie wiadomo dokąd superekspresu. Gdyby tak dane Ci było żyć jeszcze raz, to gdzie i kiedy chciałabyś żyć?

Nikt z nas chyba nie został wychowany idealnie. Każdy ma jakieś czarne dziury, braki, które jednak może przetworzyć na siłę wzrastania. Doświadczeń, jakie zdobywa po drodze, nie sposób wyczytać z żadnych książek. Wydaje mi się, że nie ma na świecie miejsca, w którym jest dobrze. To zależy tylko od człowieka. Nie zależy od tego „gdzie” tylko „jak”. Jednym słowem nie miejsce, tylko my sami mamy wpływ na własne samopoczucie i jakość życia. Bo problemy są w nas, a nie na zewnątrz.
Ten problem poruszam w NowoTworach. To jest wielka rozprawa z przeszłością.

W Bunkrze Sztuki pokazujesz zupełnie nowe prace, szukasz nowych środków wyrazu (czarno-biała fotografi a, fresk), nadajesz pracom poetyckie tytuły. Zatem także w Twojej twórczości obecne są przemiany…

Zdecydowałam się na zdjęcia czarno-białe, bo jest w nich szczególny klimat oraz intensywność. Barwy rozmyłyby ich rysunek i wszystko zginęłoby w kolorze. Najbardziej zależało mi na zestawieniu miękkiego ciała z ornamentami oraz kratą linoleum, kafelków, chodnika, koca itd., a także na przyjrzeniu się temu, co wydarza się przy ich zbliżeniu. Sukienki są miękkie i ciepłe. Zawierają w sobie pamięć ciała. Mogą być właśnie tym ciałem – wepchniętym w betonową płytę, tak jak my jesteśmy wepchnięci w mieszkanie w bloku i poupychani, z całą naszą miękkością, wrażliwością i słabością, w inne zimne miejsca. Właściwie to jest pomysł sprzed trzech lat. Chciałam zrobić betonowy grobowiec, w którym miała się znaleźć wersalka i zaraz naprzeciwko niej telewizor. Betonowe pudło – wizja ludzi w mieście, którzy zamykają się w tych swoich klateczkach i mają takie okropne żółte światło, zasłony, wersalki, wszystko… Takie… pogrzebanie za życia. Nie ma wyjścia, swobody, oddychania, powietrza. Z mojego okna, z dziewiątego piętra, widzę mnóstwo bloków, a wieczorami wątłe światełka, które palą się i sprawiają wrażenie, że jest tak ciasno… Straszne jest mieszkać w bloku. Brakuje mi kontaktu z przyrodą. Jeśli człowiek ma kontakt z przyrodą, czuje ją, przeczuwa i potrafi dostrzegać, to staje się dobry. To co zatraciliśmy, to właśnie odczuwanie własnego ciała. Nie wiemy, skąd się biorą emocje, nie zastanawiamy się nad rzeczywistymi motywami naszego postępowania, dlaczego jesteśmy źli. Sztywniejemy, twardniejemy, zamykamy się, nawet na samych siebie. I to nie jest nic dobrego.

Kiedy patrzę na Twoje prace, nieustannie powracają do mnie pytania, które już kiedyś postawił Gauguin: „Skąd przybywamy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?”. Ty także poszukujesz odpowiedzi…

Raczej nasłuchuję. Mam potrzebę, aby żyć w pełni i sięgnąć głęboko w siebie. Nie chcę tracić czasu na bezmyślne podążanie utartymi drogami, pełnymi stereotypów i schematów. To, co najważniejsze, nie jest na zewnątrz, nie bierze się z wartości materialnych, samochodu, domu, sukcesów w życiu zawodowym, podróży dookoła świata i nie wiadomo czego jeszcze. Trzeba się skierować bardziej do wewnątrz. To jest ciekawa, pełna odkryć, badawcza podróż. Wszystkie tajemnice naszego życia mamy przecież zapisane w sobie i tam też znajdują się odpowiedzi na pytania o to, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy.

Jakie znaczenie mają dla Ciebie projekty, które realizujesz w przestrzeni publicznej?

Nie zrobiłam ich tak wiele. Oddychaj… nadal jestem nienasycona tym projektem, ponieważ w Krakowie nie został on zrealizowany tak, jak zamierzałam. Chciałam, żeby napis „ODDYCHAJ” pojawił się na wyświetlaczach w autobusach i wszystkich „płynących” wyświetlaczach na dworcu. Nie mam jeszcze poczucia dopełnienia tego projektu. Natomiast Polklore w Stuttgarcie był bardzo ciekawym doświadczeniem: ulica handlowa w centrum miasta, pełno sklepów i galerii oraz ludzi z zakupami, pakunkami i torbami, którzy chodzili jak w transie. Udało nam się na chwilę przyciągnąć ich uwagę. Wyrwałyśmy ich z codziennej, zwykłej sytuacji. Zwrócili uwagę na nasze niecodzienne stroje i nasze zachowanie. Mówili nam, że wyglądamy bardzo ładnie, pytali, skąd jesteśmy, co robimy itd. Czułam, że ci ludzie, mimo odrętwiającej rutyny dnia codziennego, coś jeszcze spostrzegli. To było miłe.
Gdybym miała wybierać pomiędzy wystawą, która jest zbiorem moich prac w galerii, a wystawą, którą przygotowuję ze względu na miejsce prezentacji, to zdecydowanie wybrałabym tę drugą możliwość. Wolę tego typu wyzwania. Bardzo lubię myśleć na temat „zadanego” miejsca: jak będą tam funkcjonować ludzie, czy będą przychodzić, jak zareagują, jak ja się w nim znajdę etc. Niekiedy galeria ma w sobie podobny potencjał i można zrobić projekt w kontekście miejsca. Na przykład Galeria Dolna w Bunkrze Sztuki. Przemiany zostały przygotowane specjalnie do jej wnętrza. Przestrzeń wygląda trochę jak katakumby. Schodzi się na dół, po schodach, jest kaplica, w której są groby, panuje półmrok etc. Na ścianie widać namalowany fresk, który często zdobi kaplice, świątynie i inne miejsca sakralne. I ten szczególny moment zejścia do podziemi, gdzie są groby, i moment zatrzymania przed wyjściem z powrotem na powierzchnię. Gdyby tutaj było duże okno, to nigdy bym tej pracy tu nie umieściła. Wnętrze Galerii i jego położenie stało się dla mnie wyzwaniem.

W swoich pracach zajmujesz się człowiekiem, jego psychiką, tożsamością, duchowością…

Uczę się człowieka, uczę się nim być.

…Fascynuje sposób, w jaki prezentujesz problem. Pokazujesz dwa bieguny, dwa przeciwieństwa, ale nie na zasadzie wykluczenia, tylko dopełnienia, współistnienia i wzajemnych zależności. Ta wielość i zależność najwięcej mówi o naszej rzeczywistości. Bo przecież człowiek nie jest ani dobry, ani zły…

Kiedy się patrzy całościowo, nie stosuje się podziału na dobre i złe rzeczy, bo każda z nich zawiera w sobie własne przeciwieństwo. Myślę, że takiego całościowego patrzenia brakuje ludziom, bo jest trudniejsze. Łatwiej jest podzielić świat na moją rację, znaczy dobrą, i całą resztę – złą, a potem krzyczeć wystarczająco głośno, żeby przekonać innych.

Poszukujesz prawdy w naturalności, zwyczajności, codzienności. Piękno widzisz w niedoskonałości.

A właściwie, co jest doskonałe, a co niedoskonałe? To tylko kwestia nazewnictwa, natomiast to, co istotne, jest niewyrażalne. Generalnie we wszystkim ważna jest świadomość tego, jak się oddycha, chodzi, myśli, świadomość tego, co się mówi i jakich wyborów się dokonuje.

Gdybym miała określić jednym słowem Twoje prace, powiedziałabym: prawdziwe… Jest w nich ślad żywej istoty, taką, jaką ona jest, i jej doświadczenia.

Sztuka jest zbliżaniem się do prawdy…

teksty →